Birgrit M

 

Birgrit

 

MÓJ OJCIEC BYŁ IWANEM

 

Oto jak się o tym dowiedziałam:

„Birgrit, twój ojciec jest Rosjaninem”

To zostało powiedziane niespodziewanie.

Siedzę w naszej cynkowej wannie. Matka jest za mną przy kuchennym stole, przed nią przybory do szycia. Nie musi na mnie patrzeć. Dowiaduję się nagiej prawdy; w tym momencie czuję się podwójnie goła. Co za chwila. Następnego dnia matka wysyła mnie na kolonie letnie. Nagle jestem rosyjskim dzieckiem. Potem, przez długi czas nie mówimy o tym. W końcu jasność na którą długo czekałam.

***

„Mamo, dlaczego wszystkiego nie spiszesz? Opuściliśmy dom tak wcześnie, wiemy tak mało, właściwie prawie nic. Masz teraz czas.”

To była prośba mojej córki w 2012 roku, po śmierci mojej matki, która odeszła powoli mając 91 lat. Umarła ze starości. Moja mała rodzina składająca się z dwojga moich dzieci i mojego brata, obawiała się, że wpadnę teraz w przysłowiową „czarną dziurę”.

Poprzednich kilka lat upływało mi w rytmie opieki nad matką; mój brat i moje dzieci były za granicą. Jak wypełnię wolny czas, który teraz miałam każdego dnia?

Długi okres opieki nad matką, a potem jej długie umieranie zmieniły mnie w sposób widoczny. Zajmowałam się nią do końca, chociaż mieszkała w domu ze stałą pomocą. Mój lekarz zauważył, że miałam stany depresyjne. Chciałam, żeby matka zabrała mnie ze sobą. Zaraz po jej śmierci stałam nad jej grobem z taką myślą. Nie płakałam. Obok jej grobu było wolne miejsce i pomyślałam sobie, że może wkrótce je zajmę

Dzieci są samodzielne, mają stałą pracę i własne życie. Nie musiałam się już o nie martwić. To było jesienią 2012 roku.

Co to ma wspólnego z moim pochodzeniem? Niby nic, a jednak jakoś się to łączy. Nagle miałam czas dla siebie, czas, który mogłam i musiałam spędzać sama. To była w moim życiu nowa i nieznana sytuacja. Wkrótce znów zaciekawiły mnie rzeczy, które zaniedbałam przez dziesiątki lat.

Przedtem inne sprawy były na pierwszym planie: praca, dzieci, moja matka. Wszystkim zajmowałam się we właściwym czasie i bez przykrości.

Praca jest integralna częścią życia, nie tylko środkiem by zarobić na utrzymanie. Dzieci były późnym spełnieniem, radością i przez dłuższy czas najważniejszym celem w życiu. Matka oznaczała obowiązek, odpowiedzialność, współczucie. Miłość? Nie wiem.

Myślałam: „Kiedy opuścisz ten świat któregoś dnia, nie chcesz przecież być jak pusta kartka papieru dla twoich własnych dzieci. Powinny wiedzieć o paru sprawach.”

No i kwestia ich pochodzenia. Nie chciałam, by przeżywały to co ja; że właśnie wtedy, kiedy zaczną interesować się swoimi korzeniami i zadawać pytania, nie będzie już nikogo, kto mógłby udzielić im odpowiedzi.

Jestem dzieckiem Rosjanina, ale nie zostałam poczęta w wyniku gwałtu. Moja matka miała romans z oficerem Armii Czerwonej okupującej nasz kraj. Szacuje się, że były podobno setki tysięcy dzieci na terytorium byłego NRD które przyszły na świat bądź w wyniku gwałtów, bądź, jak w moim przypadku, jako owoc relacji miłosnej.

Do niedawna nie znałam ani jednej osoby o podobnym jak ja pochodzeniu. W NRD był to temat tabu. My, rosyjskie dzieci, otoczone byłyśmy tajemnicą. Być może wśród członków rodziny i przyjaciół coś w w ukryciu mówiono, ale nigdy otwarcie w mojej obecności.

Do czternastego roku życia nie wiedziałam nic. Nikt nic mi nie objaśniał, nikt nie dawał mi nic do zrozumienia, ale zauważyłam, ze coś było nie tak. Miałam normalne dzieciństwo, ale bez ojca; po wojnie nie było to rzadkie.

Niewiele wiem o moim ojcu. Jego jednostka stacjonowała w niedużym mieście Zittau. Niedługo przedtem Rosjanie byli wrogami, których propaganda nazistowska przedstawiała w potwornych obrazach i którzy spowodowali śmierć dwóch braci mojej matki. Jeden z nich zginął już w 1942 podczas ofensywy na Moskwę, w czasie surowej rosyjskiej zimy. Drugi poległ krótko przed końcem wojny w Kurlandii, która wtedy jeszcze należała do Niemiec; uznano go za zaginionego na polu walki. Jego ostatnia pocztówka do mojej babci nadeszła na początku 1945 roku: „Kochana mamo, dzięki Bogu jesteśmy na niemieckiej ziemi i wkrótce będziemy znów w domu”. Nie wrócił z misji zwiadowczej. Przypuszczalnie wpadł w zasadzkę partyzantów.

W 1945 roku moja matka i babcia razem z wieloma mieszkańcami naszej wioski uciekały ze strachu przed Rosjanami. Najpotrzebniejsze rzeczy upchały na wozie.

Strach przed Rosjanami! Strach przed IWANEM! Ten wyraz długo jeszcze był używany. Jeden z IWANÓW miał stać się moim ojcem.

Obecnie bardzo chciałabym wiedzieć, jak czuła się moja matka, kiedy odkryła, ze jest w ciąży z Rosjaninem. Była mężatką, jej mąż nie wrócił jeszcze z wojny, a ona nosiła dziecko IWANA. Jakie spojrzenia musiała znosić? Co mówiono za jej plecami na wsi, gdzie wszyscy ja znali! Ostatnio krewna powiedziała mi: „To nie twoja wina, ale twoja matka zadawała się z Rosjaninem i chciała usunąć tę ciążę”.

Jeśli tak było, teraz mogę to zrozumieć.

 

 

 

 

Urodziłam się 18 kwietnia 1947 roku w Grosshennersdorf, małej wiosce blisko Herrnhut. Najbliższymi miastami były Loebau i Zittau. Urodziłam się w „Katharinenhof”, miejscu określanym we wsi mianem „instytucji”. Była to duża placówka prowadzona przez kościół dla dzieci głęboko upośledzonych fizycznie i umysłowo. Podczas czasów nazistowskich wiele z tych dzieci stało się ofiarami eutanazji. Określano je jako „ nienadające się do życia”. Przewożono je do Pirny oraz do Grosschweidnitz niedaleko Loebau, gdzie dotychczas jest szpital psychiatryczny. Instytucja w Grosshennersdorf istnieje nadal. Moja matka pracowała tam, podobnie jak wiele kobiet z jej wioski. Początkowo była pomocą kuchenną, potem pracowała jako opiekunka.

Tam też odbywały się zwykle porody, jeśli kobiety ze wsi nie chciały rodzić w domu. W ten sposób ujrzałam światło dzienne w „instytucji” jako dziecko IWANA.

Dom w którym się urodziłam nadal widać z daleka; to drugi co do wielkości po kościele budynek we wsi.

***

We wczesnych latach pięćdziesiątych moja matka zaczęła studiować język rosyjski w Lipsku. Chciała zostać nauczycielką. To było niecodzienne jak na młodą kobietę tak krótko po wojnie. Ludzie wciąż w umysłach nosili wyobrażenie wroga. Pamiętam, że matki nie było w tygodniu. Jeszcze wtedy nie chodziłam do szkoły. Niestety, nie zdołała ukończyć studiów, ponieważ borykała się z długotrwałą choroba i potrzebowała operacji. Potem matka opowiadała mi, że był to dla niej bardzo trudny okres. Miała wtedy bardzo mało pieniędzy i żyliśmy z emerytury babci. Zdaje się, że miała niewielkie stypendium, ale starczało jej tylko na najpotrzebniejsze rzeczy i transport.

Matka zjadała resztki zostawione przez innych studentów. Nie dostawała żadnych finansowych świadczeń na mnie. Ale koniecznie chciała studiować. Czemu? Czy nadal kochała tego Rosjanina? Nigdy jej o to nie zapytałam.

Jedna z jej koleżanek ze studiów czasami przyjeżdżała z wizytą do Grosshennersdorf. Niestety nie pamiętam jak się nazywała ani gdzie mieszkała. Jeśli żyje, bardzo chętnie zapytałabym ja o parę spraw. Czasami przyjaciołom mówi się więcej niż rodzinie i własnym dzieciom. Czy ta pani mogłaby opowiedzieć mi nieznane szczegóły o mojej matce i jej rosyjskim ukochanym? Przez wiele lat przechowywałam matczyny podręcznik do nauki rosyjskiego, w końcu pewnie gdzieś go wyrzuciłam. Wiele bym dała, by nadal go mieć. Miał szara okładkę z napisem „Język rosyjski” „Russkij jazyk”. Mama często śpiewała mi dziecinną piosenkę z tej książki. Chciałabym odnaleźć tę piosenkę. Nie pamiętam słów. Była o wieczornym rytuale zasypiania.

Jeszcze przed pójściem do szkoły nauczyłam się pierwszych słów po rosyjsku. Byłam z tego dumna i popisywałam się. Paradowałam przed domem witając wszystkich po rosyjsku. „Zdrawstwuj” (witaj) mówiłam, a kiedy widziałam grupkę ludzi mówiłam „Zdrawstwujtje” (witajcie), bo już wiedziałam, że w liczbie mnogiej mówi się trochę inaczej.

Co myśleli wtedy sąsiedzi i inni mieszkańcy naszej wsi? Rosyjskie dziecko! Ja o tym nie mogłam wiedzieć a moja matka się tym nie przejmowała. Mało ja obchodziło co myśleli inni.

***

Moja babcia, z która mieszkaliśmy, powiesiła nad komodą zdjęcie ślubne mojej matki. Matka zawsze chciała je usunąć, ale babcia upierała się by pozostało. Wisiały tam zdjęcia ślubne wszystkich dzieci mojej babci. Często stawałam na stołeczku przed komodą i patrzyłam na mężczyznę na zdjęciu ślubnym, którego brałam za mojego ojca. Szukałam cech wspólnych, bo nie przypominałam mojej mamy i znajdowałam parę podobieństw. Oczywiście.

Gdy byłam starsza, czasami chodziłam na cmentarz gdzie był jego grób. Stawałam przed jego grobem i smuciłam się, że go nie poznałam. Zdarzało mi się zrywać bratki z jego grobu i przynosić je do domu. Moja mama pytała, czy te kwiaty są z cmentarza. Skąd wiedziała?

W domu o nim się mało mówiło. Gdy pytałam matkę, dlaczego zaniedbuje jego grób i rzadko o nim mówi, w końcu powiedziała mi, że się rozwiedli.

Jako dziecko przyjęłam to do wiadomości. Dopiero dużo później zdałam sobie sprawę, dlaczego otrzymywałam wymijające odpowiedzi i dlaczego matka nie chciała ślubnego zdjęcia na ścianie. Ze względu na mnie.

 

 

 

 

Jeśli matka o nim mówiła, to tylko o czasach przed 1945 rokiem. Był miłością jej życia. Pobrali się w czasie wojny w 1942 roku. Nigdy nie nadmieniała, ze był moim ojcem, nie powiedziała o nim „twój ojciec”. Kiedy o nim mówiła, nie nazywała go po imieniu, zawsze określała go jako „F”. Kiedy mnie ochrzczono, rodzice chrzestni napisali listy, w których życzyli Birgrit F. wszystkiego dobrego. Nadal mam dwa takie listy. Zdaje się, że to ludzie ze wsi nazwali mnie tym nazwiskiem. Kiedy później czytałam owe życzenia, wzmocniło się moje przekonanie, ze ten człowiek był moim ojcem. Kiedy mąż matki Helmut wrócił z wojny, rozwiedli się. Nie chciał wychowywać obcego dziecka, co można zrozumieć. Dano mi panieńskie nazwisko mojej matki do którego wróciła po rozwodzie. Niedługo potem Helmut F. zginął w wypadku na rowerze wyścigowym.

Zdjęcie ślubne pozostaje pamiątką po mojej dziecięcej tęsknocie za ojcem. Mężczyzna na zdjęciu wydaje mi się teraz bliski. Był ojcem z mojego dzieciństwa.

Jak musiała czuć się moja babcia? Dwóch synów nie wróciło z frontu wschodniego; jej rozpacz po ich śmierci była jeszcze świeża. Oni obaj byli w takim wieku jak obecnie moje dzieci.

Nie do pomyślenia! Jej jedyna córka miała dziecko z wrogiem! Nigdy nie dała mi odczuć że jestem rosyjskim dzieckiem.

 

 

 

 

 

 

 

Byłam jej ukochaną wnuczką. Pamiętam babcie jako starą złamaną przez życie kobietę, która przeszła wielką żałobę. Miała piękne, szczupłe ręce, które były miękkie pomimo długich lat ciężkiej pracy. Umiała z taką miłością głaskać dzieci. Miałam z nią bliższą relację niż z matką.

Przez pierwsze dziesięć lat życia, w okresie ważnym dla każdego dziecka, byłam dzieckiem babci.

Jestem tą z jej licznych wnucząt, która wiedziała o niej najwięcej. Mieszkałam razem z nią. Wiele razy o zmierzchu, gdy oszczędzając elektryczność siedziałyśmy w półmroku, babcia wciąż na nowo opowiadała mi o swoim życiu.

 

 

 

 

 

 

 

Potem matka opowiadała mi o swojej przeszłości, ale nie tej, którą dzieliła ze mną, tylko o swojej własnej. Słuchałam mamy i babci i byłam cierpliwa. Babcia nigdy nie mówiła źle o mojej mamie, ale wspomniała, że martwiła się widząc jak jej jedyna córka zadawała się z Rosjanami a potem jeszcze zaszła w ciążę. Jak ludzie na wsi gadali! Kiedy o tym mówiła, często widziałam łzy w jej oczach. Mi też chce się płakać, gdy myślę o mojej kochanej drobniutkiej babci. Mimo, ze nie żyje od czterdziestu lat, nadal mi jej brak.

Czy matka myślała o aborcji, jak mi to powiedziała moja krewna? Nigdy o tym nie rozmawiałyśmy. Zrozumiałabym to. Nigdy nie potępiałam matki ani nie dawałam sobie prawa by osądzać jej zachowanie. Nie daję takiego prawa nikomu, nawet mężowi mojej matki, być może tylko babci. Niemieccy żołnierze też mieli inne kobiety podczas różnych kampanii, może nie wszyscy, ale wielu. To leży w ludzkiej naturze i jest zrozumiałe w obliczu codziennego zagrożenia życia.

Wojna ma swoje prawa, nawet w miłości. Dotyczy to nie tylko żołnierzy ale i tych, które pozostały w domu, tak, ich również. Czy są w ogóle jakieś zasady ludzkiego zachowania w takich warunkach? Czy mamy prawo osądzać zanim nie przejdziemy przez życie i sami nie zostaniemy poddani próbom, którym sprostamy lub nie? Musimy zadać sobie pytanie, czy wystarczy nam sił by zawsze zachowywać się honorowo.

Powinniśmy szukać pokoju, czynić pokój i przebaczać tam gdzie istnieje potrzeba przebaczenia i gdzie dotychczas nie przebaczono. Z naszymi słabymi matkami i nieznanymi ojcami.

Nawet jeśli moja matka początkowo myślała o aborcji, wiem na pewno, że gdy już się pojawiłam, kochała mnie i nigdy nie czułam się niechciana. Pielęgniarka środowiskowa chwaliła matkę za to, jaka byłam dobrze odżywiona, czyściutka i dopilnowana w moim wiklinowym łóżeczku. Wszystkie rzeczy, które matka zrobiła na drutach w czasie ciąży były niebieskie. Przygotowała się na chłopca. Jednak wychowała mnie troskliwie i z miłością.

Podobnie jak opisuje to Annelies Schulz w książce „Kindheitshaus” (Dom dzieciństwa), w rzeczywistości istniały dla mnie w dzieciństwie dwie matki: Muti (mama) i Oma (babcia). Nie brakowało mi niczego, a już najmniej miłości; tylko trochę smucił mnie brak ojca. W tamtych czasach nie byłam jedyna. Kiedy młoda rodzina z dwojgiem dzieci wprowadziła się do naszego domu, trochę zazdrościłam dziewczynkom ich ojca, relacji dzieci z ojcem. Zawsze wyglądałam trochę inaczej niż dzieci sąsiadów na kilku zdjęciach z tamtych lat. Matka robiła na drutach i szyła dla mnie. Ubierała mnie w krótkie spódniczki. W tamtych czasach wiele dziewcząt nosiło spódnice za kolana, co sprawiało, ze wyglądały jak dorosłe kobiety.

Matka też inaczej mnie czesała, nie w zwykłe pasemko spinane u góry grzebyczkiem, lecz w mały zwijany warkoczyk, często z duża kokardą na szczycie głowy. Ta fryzura jest nadal typowa dla małych Rosjanek. Potem, gdy przyszła moda na równo obcięte grzywki, wyglądałam jak inne dziewczęta. Następnie miałam krótkie włosy obcięte na okrągło, tak zwany „Berliner Rundschnitt”, podczas gdy większość dziewcząt w moim otoczeniu nosiła jeszcze warkocze.

 

 

 

 

Miałam normalne dzieciństwo, mimo, że bez ojca, jak wiele dzieci wojny i jak dzieci drogiej Dory, właścicielki naszego domu. Obie dziewczyny, starsze ode mnie, nigdy nie poznały ojca. Starsza, urodzona w 1940 roku, ojca nie pamięta. Młodsza, urodzona w 1944, została poczęta podczas urlopu z frontu. Jej ojciec nigdy jej nie zobaczył; umarł na wojnie. Wiem, że obie cierpią, ponieważ nie poznały swojego ojca. Niemieckie dzieci wojny to specjalny temat, istotny i smutny dla tych, których dotyczy.

Byłam dzieckiem jak wszystkie inne. Ani w domu ani u sąsiadów nie byłam traktowana inaczej. Nie przezywano mnie i nie wyzywano; podczas powojennej biedy ludzie pomagali sobie wzajemnie.

Wyjątkiem był mój wujek. Zawsze czułam, ze mnie nie lubi. Potem zrozumiałam dlaczego. W czasach nazistowskich był wiejskim policjantem. Potem, zaraz po wojnie, siedział w Bautzen w więzieniu zwanym „Gelbes Elend” (żółta nędza). Potem zesłano go na Syberię. Co przeszedł w syberyjskich łagrach?

 

 

 

 

 

 

Moja matka mówiła, że on nigdy przenigdy o tym nie opowiadał, najprawdopodobniej nie wolno mu było nic mówić. A teraz siostra ma romans z Rosjaninem i ma dziecko. Co działo się w jego głowie? Gdy dorosłam, nasza relacja stała się serdeczniejsza. Opiekowałam się babcią, jego matką, aż do jej śmierci. Może to pogodziło go z siostrą i jej rosyjskim dzieckiem. Niedługo po upadku komunizmu wujek umarł w tragicznym wypadku. Chciałabym mieć możliwość porozmawiania z nim; teraz może mógłby wreszcie mówić.

Najgorszą rzeczą dla człowieka jest gdy przemilczamy pewne szczegóły historii własnego życia, kiedy musimy milczeć.

***

Gdy już chodziłam do szkoły, moja matka pracowała w przedsiębiorstwie transportowym w Zittau, gdzie miała służbowy pokój. Wymagała tego jej praca jako konduktorki.

Tam poznała swojego przyszłego męża i zaszła w ciążę. To było dziecko, którego oboje pragnęli. W 1957 roku urodził się mój brat. Moja rola, jako o dziesięć lat starszej siostry, często była rolą matki.

Ponieważ stało się jasne, ze matka teraz będzie mieszkać w Zittau, czuła, ze nadszedł czas bym ja też tam się przeprowadziła. Jednym z powodów była może obawa, że dowiem się o moim pochodzeniu od nieznajomych jeśli będę dalej żyć na wsi. Tak też się stało cztery lata później. Latem zawsze jeździłam do babci do Grosshennersdorf.

Pewnego razu odwiedziła nas daleka krewna z Oberlungwitz. Była kilka lat ode mnie starsza. Podczas wspólnego spaceru wśród pól zapytała mnie, czy dowiedziałam się kim był mój ojciec. Gdy zauważyła, ze nie zrozumiałam jej pytania, najwyraźniej żałowała, że poruszyła ten temat. Nie mogła wiedzieć, że prawdę nadal przede mną ukrywano. Oczywiście teraz chciałam wiedzieć więcej. Ona nie chciała mówić, tylko dała mi do zrozumienia, że mój ojciec nie był Niemcem. Nic więcej od niej się nie dowiedziałam.

Dopiero w zeszłym roku powiedziała mi, że gałąź naszej rodziny, do której ona należy nadal zakłada, ze moja mama została zgwałcona. Oni sądzili, że ofiary gwałtów były traktowane bardziej tolerancyjnie niż „rosyjskie kochanki”. Były też bardziej poniżające wyrażenia jakimi określano te kobiety.

Teraz moje przypuszczenia przybrały zupełnie inny kierunek. Nie myślałam o rosyjskim pochodzeniu. Zakładałam, że moim ojcem mógł być Francuz, Serb, albo może ktoś z Besarabii.

W Katharinenhof stacjonowali mężczyźni z Alzacji i niektórych krajów bałkańskich którzy pracowali na przymusowych robotach. Moja matka była z nimi zaprzyjaźniona. Często mówiła, że pewien Jugosłowianin chciał ja zabrać do swego kraju. Myślałam o Francuzie, bo mama przyjaźniła się z Betty, kobietą z Alzacji. Betty była moją matką chrzestną. Ona też miała córeczkę, która zachorowała i została przewieziona do Pirny, gdzie zmarła. Wątpię, czy śmierć tej dziewczynki była naturalna. Pirna!

Niestety nigdy nie spotkałam mojej matki chrzestnej.

Trochę czasu upłynęło zanim odważyłam się zapytać mamę o moje pochodzenie. Nie uzyskałam odpowiedzi od razu. Unikała wyjawienia mi prawdy mówiąc, że to nie jest właściwy czas.

Dziś nie rozumiem, dlaczego przyjmowałam jej milczenie tak spokojnie. Nadal snułam fantazje o francuskim ojcu i dałam jej czas na wybranie właściwego momentu.

Kiedy dowiedziałam się prawdy, początkowo byłam rozczarowana. Rosjanin. Nigdy nie myślałam o takiej możliwości. Znowu musiałam pozbyć się wyobrażenia, które przedtem sobie stworzyłam. Moja matka nie powiedziała wiele, dodała tylko, że to nie był gwałt.

Z nielicznych rozmów, które prowadziłam na ten temat z mamą na przestrzeni lat, dowiedziałam się niewiele.

Mama potem nie unikała tego tematu, po prostu sama nie wiedziała wiele o moim ojcu. Mówiła, że jestem do niego podobna, że też mam odrobinę krzywe nogi i też wystawiam do przodu ramiona kiedy chodzę. Powiedziała, ze miał twarde, trochę szorstkie ręce, które potrafiły ciężko pracować. Mam nadzieję, moje dzieci, że to co piszę nie będzie dla was zbyt bolesne. Bywał brutalny. Raz wepchnął łokieć do gardła mojej matki. Powodem tego była przyjaciółka matki, Gertrud. Razem z matką były u innego rosyjskiego oficera na kwaterze dla oficerów w Zittau. Podobno Gertrud zaraziła tamtego oficera chorobą weneryczną. Mój ojciec chciał się dowiedzieć, czy moja matka też była zarażona.

Mówiła, ze ojciec nie wyjawiał wiele o sobie. Wierzyłam jej, ponieważ radzieccy żołnierze mieli surowy zakaz utrzymywania znajomości z niemieckimi kobietami i musieli się liczyć z poważnymi konsekwencjami w razie gdyby takie znajomości wyszły na jaw. Najgorszym scenariuszem było wylądowanie w jednym z budzących przerażenie obozów syberyjskich, gułagów.

Wiem, ze mój ojciec nazywał się Wassili czy też Wasil Kommissarow (może pisze się to trochę inaczej). Był Białorusinem.

Podobno miała żonę i dwoje dzieci w domu. Czy po wojnie miał więcej? Czy w ogóle wrócił z wojny? Był oficerem, ale nie wiem w jakiej randze. Spotkali się w Zittau, gdzie stacjonowała jego jednostka. Radzieccy oficerowie byli zakwaterowani w hotelach „Weisser Englel” (Pod Białym Aniołem) i „Weisses Ross” ( Pod Białym Rumakiem).

Jak się spotkali? Jak to wszystko się zaczęło? Jakie znaczenie miała ta relacja dla mojej matki? Bardzo chciałabym to wiedzieć. Miałam wystarczająco dużo czasu, siedziałam godzinami przy jej łóżku, gdy była chora. Nie miała demencji. Oszczędzałam jej moich pytań. Jeszcze kilkanaście lat temu często siadywałam na ławce w parku z jej przyjaciółką Gertrud. Z nią też nie rozmawiałam na ten temat.

Wszyscy, których mogłabym zapytać nie żyją. Kiedy ludzie żyją, jest pomiędzy nimi wiele milczenia. Pytania nasuwają się wtedy, gdy nikt już nie może na nie odpowiedzieć. Dowiedziałam się od mojej babci, ze mój ojciec był raz w Grosshennersdorf. Podobno był przystojnym mężczyzną. Mama miała jego zdjęcie, ale zostało wyrzucone przez mamę lub babcię. Dlaczego żadna z nich nie pomyślała o mnie i nie zachowała dla mnie tego jedynego dowodu jego tożsamości?

Ostatnio dowiedziałam się od najstarszej córki byłej właścicielki naszego domu, ze moja mama myślała o wyjeździe z moim ojcem. To z pewnością nie było realistyczne. Nie słyszałam o przypadku, aby radziecki żołnierz zabrał do domu Niemkę. Było to nie do pomyślenia, zarówno z punktu widzenia państwa radzieckiego jak jego rodziny. Musiałby porzucić własną rodzinę

dla Niemki. Niemożliwe!

Poza tym matka nie zostawiłaby mojej babci. Często mówiła, że musiała zrezygnować z wielu rzeczy w życiu, ponieważ jej brat przed wyruszeniem na wojnę wymógł na niej obietnicę, że nie opuści babci.

Co pewien czas moja mama wspominała, ze mój ojciec rzekomo planował przejść na stronę brytyjską. Jeśli tak było, mogę sobie łatwo wyobrazić, że oboje mieli plany wspólnej ucieczki. Jaka szkoda, że jej o to nie zapytałam. Takie plany, gdyby zostały ujawnione, byłyby wyrokiem śmierci dla mojego ojca, a co najmniej ukarano by go zesłaniem do gułagu.

Sam fakt, ze miał romans z Niemką był wystarczający. Obecnie wiadomo, że Brytyjczycy wysyłali radzieckich dezerterów z powrotem do ZSRR na mocy porozumienia między Churchillem i Stalinem. Dezerterzy, którzy się poddali byli albo zastrzeleni na miejscu albo zesłani do gułagu, a ich rodziny aresztowano.

Parę razy matka wspomniała, jakoby mojemu ojcu udało się przedostać do Anglii. Otrzymała taką wiadomość od jednego z przyjaciół ojca, który odwiedził nas w 1947 i widział mnie. Nie całkiem w to wierzę, ale jest też możliwe, że mój ojciec nie wrócił do domu. Tak czy inaczej, kiedy matka zaszła w ciążę, podobno mój ojciec się o tym dowiedział. Latem 1946 roku nagle zniknął.

Albo było to planowane wycofanie jego jednostki, albo gdzieś go zabrano bo ktoś doniósł o jego romansie z Niemką, która zaszła z nim w ciążę. Albo ktoś dowiedział się o jego planie ucieczki na Zachód.

W archiwum miasta Zittau znalazłam informację, że wycofanie radzieckich oddziałów stacjonujących w tym mieście planowano na listopad 1946 roku. Możliwe, ze udało mu się wrócić do domu.

Jak żyli mężczyźni, którzy wrócili po wojnie do rodzin? Czy myśleli czasem o niemieckich kobietach i swoich nieznanych dzieciach? Czy mogli kiedykolwiek o tym mówić? Czy był to dla nich, podobnie jak dla wielu ludzi w Niemczech, temat tabu aż do śmierci?

Czy ci mężczyźni byli w stanie tak po prostu znowu być mężami i ojcami rodzin? Jak żyli nasi cudzoziemscy ojcowie? Momentami ciekawi mnie to bardziej niż historia mojego własnego życia.

Nigdy nie próbowałam ukryć mojego pochodzenia i kiedy tylko ten temat był poruszany, mówiłam otwarcie o moim ojcu. Gdy raz posprzeczałam się z byłą współpracownicą, Ślązaczką, ona wykrzyknęła do naszego szefa: „Zabierzcie ode mnie tę rosyjską dziwkę!” Przyjęłam to spokojnie. Teraz ona ma ponad 90 lat i nasza relacja jest życzliwa.

Koleżanka ze szkoły, której opowiedziałam o moim ojcu, zareagowała dość obojętnie. Początkowo była zdziwiona a potem o tym już nie rozmawiałyśmy.

Na lekcji rosyjskiego, kiedy mieliśmy dodać imię ojca do naszego imienia w typowo rosyjski sposób, byłam zadowolona, że nie był to Helmut, pierwszy mąż matki. I że nie byłam Chelmutowna. W rosyjskim alfabecie nie ma litery H, albo wymawia się to jako CH albo jako G.

Napisałam z dumą „Birgrit Wassiljewna”. Nauczycielka rosyjskiego powiedziała tylko: „Prawidłowo to zrobiłaś, ale powinnaś się trzymać faktów”. Nigdzie nie odnotowano nazwiska mego ojca, na moim świadectwie urodzenia napisano: „Ojciec nieznany.”

Moja dawna nauczycielka rosyjskiego jeszcze żyje, na pewno ma już ponad 90 lat. Gdybym ją spotkała, powiedziałabym jej: „Birgrit Wassiljewna, Wielikaja Oktjabrskaja Socjalisticzieskaja Riewolucja. Oto kim jestem do dziś.”

Może wyjaśniłabym jej moje zainteresowanie gramatyką rosyjską. Gdyby mnie obecnie obudzono w nocy i musiałabym podać odmianę Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej po rosyjsku, wyrecytowałabym sześć przypadków jak wiersz.

Niestety nigdy nie muszę tego recytować. Chętnie bym się tym popisywała. W naszym codziennym życiu rodzinnym używamy kilku rosyjskich słów i zwrotów. Moje dzieci wyrosły z tym, na przykład: „pacziemu?” (dlaczego?), „iditje sjuda” (chodź tutaj), „panimajesz?” (rozumiesz?). Jest też zwrot używany trochę żartobliwie w rodzinie Michlerów, który nie jest poprawny w żadnym języku: „iditje na bietu” (idź do łóżka). Do dziś moje dzieci rozumieją tę wieczorną prośbę by poszły spać.

We wczesnej młodości czytałam Tołstoja, „Cichy Don” Szołochowa a także współczesną literaturę radziecką. Dobre adaptacje filmowe przybliżały części literatury rosyjskiej i radzieckiej. Do dziś uwielbiam wspaniałe baśnie rosyjskie.

Po tym jak stałam się świadoma mojego pochodzenia, uczyłam się rosyjskiego jako mojego języka „ojczystego” i zaczęłam tęsknić za nieznanym cudzoziemskim ojcem, być może rodzeństwem i rozległym krajem.

Oczywiście chciałabym dowiedzieć się więcej jak długo to możliwe. Dokumenty do moich poszukiwań, które wysłałam mejlem w 2013 roku zaginęły. Teraz mam nową wersję w folderze. Czy mam nadal poszukiwać? Nie jestem pewna, czy tego chcę.

Pokolenie naszych niemieckich matek i rosyjskich ojców wymiera, większość z nich już odeszła. Nam też nie pozostało wiele czasu.

Nie zawsze, ale od czasu do czasu nachodzi mnie uczucie bycia inną i jestem wtedy świadoma swoich rosyjskich korzeni.

Lubię być rosyjskim dzieckiem.

Nie zamieniłam się w różę, chętnie pozostaję ostem.

 

Übersetzt von Ida aus Jelenia Góra im Mai 2018